Zgodnie dokumentem z Komisji Europejskiej, Rada UE, czyli rządy państw UE, chce w latach 2007-2013 zmniejszyć o 1700 miejsc liczbę personelu w Komisji Europejskiej. Oznacza to redukcję o około 8,5 proc. Finlandia, która kieruje obecnie pracami Rady UE, argumentuje, że należy zwiększyć "produktywność" obecnie zatrudnionych pracowników.

Cięcia miałyby się rozpocząć już w przyszłym roku. Ministrowie finansów państw UE zgodzili się w piątek w pierwszym czytaniu budżetu na rok 2007, by w stosunku do propozycji Komisji Europejskiej zmniejszyć go o 1,8 mld euro, w tym prawie 130 mln euro w wydatkach na administrację w KE.

"Ta propozycja jest zbyt radykalna. Właściwie uniemożliwia rekrutację planowanych 800 pracowników z nowych krajów członkowskich" – powiedziała komisarz UE ds. budżetu Dalia Grybauskaite. KE musi jeszcze zatrudnić w najbliższych latach ok. 2 tys. osób z nowych państw UE, by wypełnić tzw. pule narodowe. Na konferencji prasowej Grybauskaite przekonywała, że Komisja Europejska może rozważyć reformę administracji, ale musi być ona poparta wcześniejszą analizą jej skutków.

Zastrzeżenia w sprawie cięć w administracji wyraziło w piątek aż 11 krajów, głównie z nowej "10", bo to przede wszystkim z tych krajów instytucje unijne rekrutują obecnie nowych pracowników.

Obok Polski zastrzeżenia wyraziła też Hiszpania, Włochy, Słowacja, Litwa, Łotwa, Portugalia, Irlandia, Luksemburg, Malta i Grecja. Uzgodniono, że do jesieni, przed drugim czytaniem budżetu, odbędą się konsultacje techniczne pomiędzy Komisją a rządami w sprawie planowanej redukcji w unijnej administracji.

"Cięcia nie mogą odbywać się ze szkodą dla nowych państw członkowskich" – powiedział wiceminister finansów Jarosław Pietras, który reprezentował Polskę w Brukseli. Zwrócił też uwagę na ryzyko, że zmniejszenie liczby pracowników w KE może opóźnić wydawanie decyzji KE na przykład przy ocenie wniosków o wykorzystanie funduszy strukturalnych.

Mimo tych zastrzeżeń Polska i inne nowe kraje nie zagłosowały w piątek przeciwko okrojonej wersji budżetu, co – jak przyznał naciskany przez dziennikarzy Pietras – było strategią negocjacyjną. Obrona interesów narodowych – tłumaczył – nie polega tylko na tym, że się "wali pięścią w stół".

"Polska i inne nowe kraje wiedzą, że to dopiero początek negocjacji. Dla nich największym niebezpieczeństwem byłoby zupełne nieprzyjęcie budżetu" – powiedziały PAP źródła dyplomatyczne w Radzie UE.

Zwłaszcza, że przeciwko budżetowi 2007 roku z wewnętrznych powodów – już w piątek opowiedziała się Holandia, Hiszpania i Francja. Zrobiły to wiedząc, że nie mają mniejszości blokującej. "Francja chciała zademonstrować, że nie zgadza się na cięcia w rolnictwie, a Holandia, że cięcia są zbyt małe" – komentowali w kuluarach znawcy tematu.

Jeszcze w piątek eurodeputowani, którzy współdecydują o ostatecznym kształcie budżetu, odrzucili propozycję kompromisu Rady UE. "Nie zgadzamy się z cięciami w administracji, a także polityce zagranicznej i wewnętrznej" – powiedział szef komisji budżetowej PE Janusz Lewandowski (PO).

W historii negocjacji budżetowych nigdy nie doszło jednak do porozumienia Rady UE z Parlamentem Europejskim już w pierwszym czytaniu. Co roku rządy najpierw proponują cięcia, a potem eurodeputowanym udaje się je znacznie ograniczyć.