Już teraz powinniśmy otwarcie powiedzieć, że w programach w latach 2004-2006 mogą być straty. Trzeba to jednak dokładnie sprawdzić – część pieniędzy unijnych może trzeba będzie zwrócić – mówi Bieńkowska i wyjaśnia, że stanie się tak z winy obowiązującego przez te lata systemu.

Na przykład regiony, gdy rozdzielały pieniądze, miały prawo tylko do trzyprocentowej „nadkontraktacji”. Czyli mogły podpisać umowy na realizację projektów o wartości większej o 3% od kwoty, którą dany region dostał do dyspozycji. W trakcie realizacji tych projektów były duże oszczędności wynikające ze spadających cen, z rywalizacji między wykonawcami o kontrakty itp. Te oszczędności były rzędu nawet 20% i teraz mogą przepaść. Jedyną możliwością uratowania tych pieniędzy jest zwiększenie dofinansowania do już zakontraktowanych projektów.

Bieńkowska twierdzi, że sposób podziału blisko 70 unijnych miliardów euro na lata 2007-13, jaki został przygotowany i wynegocjowany z Brukselą przez odchodzący rząd, jest zły.
– My, czyli regiony, ten podział od początku kontestowaliśmy, że zdecydowanie za mało pieniędzy trafi do regionów. Poprzedni rząd obiecał, że będzie ich więcej. A ostatecznie będzie mniej. W perspektywie budżetowej na lata 2004-06 do regionalnych programów operacyjnych trafiło prawie co trzecie euro z przyznanych nam funduszy. Teraz rząd postanowił, że regiony dostaną 24 proc. funduszy. To błąd. Nie przekonuje nas tłumaczenie odchodzącego rządu, że jest jeszcze specjalny program operacyjny dla tzw. ściany wschodniej, i że pieniądze z programów centralnych będą inwestowane właśnie w regionach.